czwartek, 12 stycznia 2017

Pierwszy ogień i od razu recenzja fit pierniczków od Codziennie Fit~

  Buongiorno i benvenuto wszystkie principessy ;> Słowem wstępu pozwoliłam sobie założyć bloga - bloga, który opierać się będzie o recenzje fit przepisów. W końcu fit przepisy ścielą się gęsto w czeluściach internetu i każda/każdy o tym wie! Może jestem dziwnym człowiekiem, ale brakowało mi takiego miejsca w sieci, gdzie mogłabym przeczytać opinie/recenzje na temat jakiegoś przepisu - w końcu wiadomo, kobiety sukcesu nie mają czasu na kuchenne porażki. Z ufnością piszę pierwszy post, z nadzieją go tutaj opublikuję, a nóż komuś przyda się moje słowo, a nóż sama spełnię skryte marzenie o prowadzeniu bloga dłużej niż tydzień~ Do odważnych świat należy, prawda? Więc do dzieła!

FIT pierniczki od Codziennie Fit 

(ukochany blog, który nigdy nie zawodzi!)

Efekt moich zmagań z przepisem. Zadowalający

   Cóż, gdyby nie Marta z bloga powyżej pewnie nigdy bym nie założyła swojego. Generalnie - warto tam zajrzeć, nawet jeśli nie ma się w planie piec pierniczków. Ani nie jest się codziennie fit. Osobiście szaleję za Martą i wszystkim, co publikuje, więc pójdzie na pierwszy ogień <3
 
   Święta co prawda dawno za nami, więc po co zaczynać od pierników? Ano dlatego, że to jedna z niewielu rzeczy, za które dałabym się pociąć. Serio. Piernik i jego pochodne = kompletna utrata kontroli nad sobą. Choćbym nie wiem jak się starała! Jednak dieta, taka nieco retro hah, to też styl życia - generalnie sklepowym słodkością mówimy nie. Cukier jest passe, to już za nami, dajmy spokój, można zdrowiej i w efekcie ładniej (dla naszej sylwetki). Długo szukałam fit przepisu na pierniczki, który zadowoliłby mnie na 100% - doszukałam się. Wizualnie te piękności nie różnią się niczym innym od typowych pierniczków. Zapach jest równie obłędny (ah, te korzenne nudy, o Boże <3). W smaku - pyszności. Oświadczam to ja - koneserka korzennych wyrobów. Zasadniczo mogłabym powiedzieć, że to tyle na dzisiaj i koniecznie zróbcie te pierniki, ale jeszcze trochę poopowiadam. Robiłam dwie porcje - jedna to zdecydowanie za mało, finalnie okazało się, że druga porcja też nie do końca wystarczyła, przydałaby się trzecia (miałam kilka buź do pomocy, to nie tak, że sama pochłonęłam). Za pierwszym razem robiłam wszystko ściśle zgodnie z przepisem -stwierdzam, że jest tam polecone nieco za dużo wody do dodania. Ciasto robi się zbyt kleiste oraz wodniste. Ostatecznie skończyło się na kilku szklankach mąki więcej, a ciasto i tak nie do końca było w porządku, czytajcie - nadal się kleiło. Utrudniało to wałkowanie, wycinanie - te pierniczkowe sprawy, wiecie. Podejście drugie polegało na tym, że po prostu zrezygnowałam z dodawania wody, dodałam jej odrobinkę dopiero w tedy, kiedy już zaczęłam zagniatać ciasto. Wyszło w porządku, na równi z tymi "tradycyjnymi" przepisami. Pierniczki na prawdę szybko się upiekły. Tydzień przesiedziały w słoiku i, stety czy niestety, były ciągle twarde. Osobiście twardość mi nie przeszkadza, jednak nie każdy lubi - pomogło pomalowanie ich lukrem.
Ocena - 4,5/5
Więc na prawdę dużo!

+bonus! Naprawdę świetny przepis na dietetyczny lukier - ja byłam zachwycona kiedy go wykombinowałam. ↓

LUKIER BIELUCHOWY
- 1 łyżka serka Bieluch (ja używałam akurat tego, generalnie chodziło, żeby był dosyć gęsty)
- ok. 5 łyżek cukru pudru (tutaj zaczyna się moja wspaniałomyślność - zamiast normalnego cukru pudru użyłam ksylitolu, ha! Podobno istnieje gotowy ksylitolowy cukier puder, jednak takich rarytasów nie miałam i sama zmieliłam - i to na dodatek w moździerzu!)
Mieszamy wszystko razem do uzyskania gładkiej konsystencji. Finito!

Taki lukier jest idealny, jeśli boimy się używać lukru z białek. Moim zdaniem surowe jajka są trochę fuj, więc ten "królewski" całkowicie odpada, jednak mając lukier bieluchowy nic nie tracimy, bo efekt końcowy jest identyczny! Lukier idealnie biały i gęsty - zastyga szybko oraz na twardo, dodatkowo zmiękcza pierniki. Niebo na Ziemii moi drodzy <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz